Maroko kamperem – nasza pierwsza wyprawa nad wybrzeże
Pod koniec maja wyruszyliśmy na 10 dni kamperem z Andaluzji do Maroka – w podróż, którą planowaliśmy już od kilku lat.
Wprawdzie można powiedzieć, że jedynie „liznęliśmy” Maroko, ale była to nasza pierwsza, testowa wyprawa kamperem do afrykańskiego kraju. Chcieliśmy sprawdzić, czy nam się spodoba i czy będziemy chcieli wrócić po więcej.
Wybraliśmy się pod koniec maja, czyli w pełnym słońcu, dlatego większość czasu spędziliśmy nad wybrzeżem.
Tymczasem Maroko skrywa niezwykłe miejsca bliskie naturze: pustynie z imponującymi wydmami, ośnieżone szczyty Atlasu, wodospady, kaniony – a wszystko to w zupełnie odmiennej kulturze.

Praktyczne informacje – jak dostać się do Maroka promem?
Tym razem popłynęliśmy z portu w Algeciras, w Andaluzji – to miejsce polecili nam blogerzy Podróżovanie, głównie dlatego, że bilety na prom są tam tańsze na miejscu niż kupowane online.
Przybyliśmy niemal spóźnieni, dlatego wydaje nam się, że zapłaciliśmy cenę standardową i nie było już czasu na żadne negocjacje 😉 Finalnie wyszło 330 euro za naszą czwórkę plus kamper, ale z pewnością można znaleźć tańsze opcje.
Na granicy było mnóstwo samochodów osobowych z Maroka zapakowanych po dach towarem. Policja przeszukiwała wszystkich – bez wyjątku, no chyba, że jesteś turystą tak jak my:).
W naszym przypadku do kampera wszedł pan z latarką (dzieci spały), zapytał tylko, czy mamy drona – i tyle. Pies nawet niczego nie wąchał.
Ważna informacja: do Maroka nie można wwozić dronów, gazów pieprzowych i wielu innych przedmiotów, dlatego koniecznie sprawdźcie aktualną listę rzeczy zabronionych przed wyjazdem.
My wybraliśmy ostatni prom, jadąc z dziećmi. Sama podróż trwała około 2 godzin, ale oczekiwanie w kolejce się dłużyło. Na szczęście mieliśmy kampera, więc dzieci mogły bawić się swobodnie, słuchać audiobooków lub spać (po zejściu z promu) – w osobówce mogłoby to być znacznie bardziej męczące.
Mamy małą radę dla Was – aby nie puszczać bajek dzieciom – polecamy słuchać audiobooków np. na Storytel. Mamy z nimi obecnie współpracę, a dla Was aż 50 dni darmowego testowania. Link do pobrania aplikacji tutaj.
Warto pojawić się w porcie z dużym wyprzedzeniem – najlepiej 3–4 godziny przed wypłynięciem, bo kolejki bywają długie i powolne. W drodze powrotnej, ku naszemu zaskoczeniu, wszystko poszło dużo sprawniej! Koniecznie obejrzyjcie poniższe video na Instagramie!
Można by się zastanawiać – skoro zimujemy w Andaluzji, to po co jechać do Maroka, skoro słońce i plaże mamy na co dzień?
Mieliśmy ku temu kilka powodów. Po pierwsze – byliśmy umówieni ze znajomymi z Polski, którzy przylecieli samolotem (ha!). Ale tak naprawdę od dawna ciągnęło nas do innej kultury.
Chcieliśmy poznać marokańską codzienność, spróbować nowych smaków (kochamy tajine!), zobaczyć tamtejszą architekturę i krajobrazy. Niezwykłe jest to, że wystarczy przepłynąć zaledwie kilkanaście km przez ocean, by znaleźć się w zupełnie innym świecie.
W Maroku ludzie wciąż poruszają się na osłach czy koniach, a na targach można kupić pyszny, zdrowy olej arganowy, który występuje endemicznie – nie znajdziecie go nigdzie indziej na świecie.
Ludzie są przemili i uśmiechnięci (wiem, wiem – pewnie myślicie o nagabywaczach, ale o tym za chwilę).
Krajobrazy są bardzo zróżnicowane – od zielonych wzgórz po suche, pustynne tereny. Plaże są szerokie i piękne, a warunki do surfingu panują tu niemal przez cały rok.


Chociaż sporo słyszeliśmy o Maroku, to i tak bardzo nas pozytywnie zaskoczyło.
Nie mieliśmy żadnych przykrych doświadczeń związanych z natarczywym sprzedawaniem – wręcz przeciwnie, momentami aż szukałam kogoś, z kim mogłabym się potargować! No, ale nie byliśmy w Marakeszu…
Nie dopadły nas żadne rewolucje żołądkowe i przez cały czas czuliśmy się naprawdę bezpiecznie.
Warto jednak zaznaczyć, że podczas tej podróży trzymaliśmy się głównie wybrzeża, a konkretnie okolic miasteczka Taghazout, które ma nieco bardziej europejski klimat.
Planujemy wrócić do Maroka na dłużej, więc być może kolejnym razem zbierzemy inne doświadczenia – choć mam nadzieję, że będą tylko jeszcze lepsze.

Kempingi i miejsca „na dziko”


Jeśli chodzi o kempingi w okolicach Agadiru, Taghazout i w zasadzie wzdłuż całego wybrzeża na północ, to – szczerze mówiąc – nie znaleźliśmy zbyt wielu miejsc w naszym klimacie.
Większość to albo duże molochy, albo kempingi dość mocno zaniedbane.
Ale nie bylibyśmy Slowspotterami, gdybyśmy nie znaleźli czegoś klimatycznego!
Z pomocą aplikacji Park4Night i dzięki wskazówkom innych kamperowiczów spotkanych po drodze, odkryliśmy wyjątkowe miejsce.
Villa Coriandre – to przepiękny pensjonat prowadzony przez parę Francuzów. Sam budynek to architektoniczne dzieło sztuki, a przed nim znajduje się niewielkie pole dla kamperów.
Przywitał nas Abdul, poczęstował herbatą, mogliśmy korzystać z basenu, mieliśmy dostęp do łazienek pod chmurką i wszystkich serwisów.
Na miejscu można też zamówić kolację, ale trzeba to zrobić z wyprzedzeniem – my trafiliśmy tam dość spontanicznie, więc tym razem się nie załapaliśmy.
Inne warte uwagi miejsca, które odwiedziliśmy:
- Okolice Agadiru – Camping La Palmeraie Tifnit
- Okolice Taghazout – Camping Terre d’Ocean



Miejsca „na dziko”

Jeśli chodzi o miejsca na dziko, to w Taghazout znaleźliśmy świetną miejscówkę z widokiem – tuż przy samej plaży. Tu znajdziesz współrzędne.
Niestety, kilka dni później teren został już zamknięty dla kamperów. Zakładam jednak, że w sezonie zimowo-wiosennym miejsce to znów staje się dostępne.
My zatrzymywaliśmy się głównie na kempingach – głównie dlatego, że byli z nami znajomi, którzy wynajmowali tam domki.
W drodze powrotnej zaczęliśmy jednak szukać miejsc bardziej w stylu slow, jak te, które opisałam powyżej.
Musieliśmy się jednak spieszyć, bo 1 czerwca musieliśmy być w Sewilli na wyborach prezydenckich w Polsce. Gdyby nie to, z pewnością spaliśmy gdzieś przy plażach – i na spokojnie eksplorowali wybrzeże. To plan na kolejny raz!
Dodam jeszcze, że w okolicy Agadiru trafiliśmy na przepiękną, szeroką plażę, gdzie widzieliśmy wyłącznie lokalnych mieszkańców.
Niestety – była bardzo zaśmiecona.
Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ilości śmieci na plaży 🙁
Dlatego w Maroku, jeśli zależy Wam na czystości, warto wybierać bardziej turystyczne miejsca – tam zwykle się sprząta i dba o porządek.
W przeciwnym razie – niestety – wielu lokalnych bywalców zostawia po sobie sporo śmieci.
Dla kontrastu – plaże w Taghazout były naprawdę bardzo czyste!

Taghazout – kolorowa surferska wioska z klimatem

Jeśli lubicie łączyć plażowanie z pobytem w małej, kolorowej wiosce pełnej kontrastów, z dobrym jedzeniem i surferskim klimatem, koniecznie wybierzcie się do Taghazout.
To typowo surferska miejscowość – skupiona wokół plaży, fal i zachodów słońca. Zamiast zabytków są deski, smoothie bowle i styl życia na bosaka (barefoot lifestyle).
Rano wszyscy ruszają na fale albo po kawę z widokiem na ocean – albo jedno i drugie. Jest prosto, bez spiny: trochę knajpek, kilka sklepików, dużo desek i jeszcze więcej luzu.
Idealne miejsce, żeby zwolnić i przypomnieć sobie, że nie trzeba ciągle gdzieś pędzić.
To, co nas urzekło, to niesamowity mish-masz na plaży – można tu spotkać wielbłądy, kozy, psy, konie…
Nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie kontrasty.
Wiele osób obawia się bezpańskich zwierząt, ale tutejsze psy są naprawdę wyluzowane. Naszym dzieciom powiedzieliśmy, że niestety nie mogą się z nimi bawić, bo nie mają właścicieli, ale absolutnie nam nie przeszkadzały – najczęściej leżały w cieniu pod stolikiem lub drzemały na plaży.
Warto jednak wiedzieć, że jest ich sporo – więc jeśli Wy albo Wasze dzieci boicie się czworonogów, to może nie być idealne miejsce dla Was.
Taghazout ma zdecydowanie bardziej europejski klimat.
Plaże są zadbane i czyste, a przyciągają ludzi z całego świata – dzięki świetnym warunkom do surfingu i przystępnym cenom (porównywalnym do tych w Polsce).




Najwięcej o miasteczku opowie Wam nasze wideo – koniecznie obejrzyjcie!

Jakie inne miasteczka polecamy?
Essaouira – miasteczko przyciągające kitesurferów i artystów
W drodze powrotnej wybrzeżem odwiedziliśmy to klimatyczne miasteczko nad Atlantykiem. Essaouira słynie z białych murów, niebieskich okiennic i silnego wiatru, który przyciąga kitesurferów z całego świata.
W tutejszej medinie panuje spokojniejsza atmosfera niż w Marrakeszu – można bez stresu spacerować między warsztatami rzemieślników, galeriami i straganami pachnącymi przyprawami.
Do Essaouiry przyjeżdżają artyści, surferzy i wszyscy, którzy szukają luzu oraz morskiego powietrza bez tłumów.
W porównaniu z Taghazout, to miasto z historią – z obronnymi murami, mediną wpisaną na listę UNESCO i artystycznym klimatem.
Jest bardziej rozwinięte, z większą ofertą kulturalną, galeriami, muzyką (np. słynny festiwal gnawy) i nieco większym ruchem turystycznym, choć nadal bez tłoku znanego z Marrakeszu.

Asilah – hiszpańskie pueblo blanco z marokańskim twistem
Asilah to spokojne, nadmorskie miasteczko w północnym Maroku, które przypomina andaluzyjskie pueblo blanco – z bielonymi murami, niebieskimi akcentami i zaskakującą czystością.
Całość ma jednak wyraźny marokański charakter: ozdobne drzwi, wzorzyste kafelki i zapach mięty unoszący się z lokalnych kawiarni.
Tutejsza medina jest niewielka, zadbana i pełna kolorowych murali, które zmieniają się co roku podczas festiwalu sztuki.
Asilah przyciąga tych, którzy szukają ciszy, estetyki i spokojnych spacerów w popołudniowym słońcu, a nie tłumów i atrakcji turystycznych.
Znajoma opowiadała, że regularnie przyjeżdża tu do jednego z butikowych hoteli, gdzie w ofercie jest codzienny hammam – rytuał oczyszczania ciała i resetu głowy, który szybko staje się codzienną rutyną.
W takim kameralnym miejscu hammam to coś więcej niż zabieg – to mały rytuał: para, czarne mydło z oliwek, mocny peeling i chwila relaksu przy miętowej herbacie.



Rabat – stolica z duszą i porządkiem
Rabat, stolica Maroka, ma zupełnie inny klimat niż tętniący życiem Marrakesz czy turystyczna Essaouira. Jest spokojniejszy, bardziej uporządkowany i nowoczesny, ale z zachowanym historycznym sercem.
Medina w Rabacie nie przytłacza – jest przestronna, czysta i można się po niej swobodnie przespacerować, nie gubiąc się co pięć minut.
Miasto łączy marokańską tradycję z europejskim ładem: szerokie aleje, tramwaje, zielone parki i miejskie porządki sąsiadują tu z klimatycznymi zaułkami i zabytkami – jak choćby Kasba Oudaya z pięknym widokiem na ocean.
To świetna propozycja dla tych, którzy chcą poznać Maroko od nieco innej, bardziej nowoczesnej strony.
Co mnie zaskoczyło w Rabacie? To, że medina jest czysta i zaskakująco zorganizowana — jak na marokańskie realia. Bez chaosu, bez nagabywania, za to z atmosferą, w której naprawdę można się zrelaksować i chłonąć miejsce w swoim tempie. Choć muszę przyznać, że nie mogę się doczekać poznania zupełnie innego klimatu choasu w Marakeszu:)

Maroko - co zrobiło na nas największe wrażenie


Dla mnie osobiście największym przeżyciem była podróż kamperem wzdłuż wybrzeża, przez nieznane, polne drogi.
To właśnie wtedy zobaczyłam prawdziwe Maroko – morze drzew arganowych z kozami wspinającymi się na gałęzie i zjadającymi liście, ludzi przemieszczających się na osiołkach, lokalne targi pełne świeżych owoców, rolników pasących owce i kozy, ciężarówki zapakowane po sam dach, wyglądające, jakby miały się zaraz rozpaść.
Spotkaliśmy też dzikie wielbłądy i odkryliśmy przepiękne, piaszczyste plaże, zupełnie puste.
Czasem ten obraz bywa trudniejszy – Maroko to kraj dużych kontrastów.
Wielu ludzi żyje w biedzie, zarabiając około 1 euro za godzinę pracy.
To, co widzimy w pięknych riadach czy odnowionych medinach, często zostało stworzone specjalnie dla nas – turystów.
Warto o tym pamiętać i wspierać lokalnych mieszkańców, kupując bezpośrednio od nich, ale jednocześnie nie akceptować zawyżonych, “turystycznych” cen – bo te niestety są powszechne.
To, co również robi ogromne wrażenie, to lokalne rękodzieło. Często można podpatrzeć rzemieślników przy pracy – tworzą na miejscu i od razu sprzedają swoje wyroby. Koniecznie kupcie choć jeden z dywanów lub poszewek na poduszki – są ręcznie tkane z wełny, a ich kolory i wzory to prawdziwa bajka!

Czego jeszcze nie widzieliśmy – i zostawiamy na kolejną podróż do Maroka?
Choć udało nam się sporo zobaczyć, Maroko wciąż skrywa wiele miejsc i doświadczeń, które zostawiamy sobie na następny raz. I to jest piękne – bo wiemy, że wrócimy.
Na naszej liście „must do” na przyszłość znalazły się:
Nocleg na pustyni – marzy nam się noc spędzona u Berberów w tradycyjnym namiocie, pod gwiazdami Sahary.
Pobyt w pięknym riadzie – z dziedzińcem pełnym roślin i tradycyjną architekturą.
Wyprawa w góry Atlas – z trekkingiem i spotkaniami z lokalną społecznością.
Lekcja gotowania tajine’a – bo choć jedliśmy ich sporo, chcemy nauczyć się robić ten smak sami.
Chefchaouen – słynne „niebieskie miasto”, które wygląda jak z bajki i kusi fotograficznymi zakątkami.
Spotkania z Berberami w ich wioskach – z dala od turystycznych szlaków.
Hammam – czyli marokański rytuał oczyszczenia ciała i głowy, który nie jest tylko zabiegiem, ale głębokim doświadczeniem.
Festiwal muzyki Gnawa – by zanurzyć się w dźwiękach i duchowości, która jest sercem marokańskiej kultury.
Chcielibyśmy też odkryć więcej przyrodniczych perełek – Maroko poza miastami jest pełne magicznych miejsc:
🌄 Dolina Dades i Wąwóz Todra
Gigantyczne kaniony ze stromymi, ochrowymi ścianami, które zmieniają barwy w zależności od światła.
Wąskie drogi wijące się między skałami i palmami to idealne miejsce na trekking, zdjęcia i chwile zachwytu.
🌴 Oaza Skoura i Dolina Ziz
Południowo-wschodnie Maroko to świat z bajki – prawdziwe oazy z gajami palmowymi, kanałami irygacyjnymi i glinianymi kasbami.
Idealne na zatrzymanie się i poczucie spokoju w cieniu palm.
💦 Wodospady Ouzoud
Jedne z najwyższych wodospadów w Afryce Północnej (ok. 110 metrów).
Można tu popływać pod kaskadami, popłynąć łódką niemal pod samą ścianę wody, a przy odrobinie szczęścia – spotkać dzikie makaki. Znajdują się zaledwie 2,5 godziny od Marrakeszu.
🌳 Park Narodowy Talassemtane (okolice Chefchaouen)
Gęste lasy cedrowe i jodłowe, wodospady, niesamowite szlaki trekkingowe i widoki na niebieskie miasto w dolinie. To jedno z najpiękniejszych przyrodniczo miejsc w północnym Maroku – idealne, by połączyć naturę ze spokojem i lokalną kulturą.
To wszystko jeszcze przed nami – i choć już zakochaliśmy się w Maroku, wiemy, że najciekawsze przygody, wciąż czekają gdzieś w zakamarkach Atlasu, na pustynnych ścieżkach i w cieniu palmowych gajów.
Co jedliśmy w Maorko?

W Maroku można zakochać się w smakach – prostych, ale niezwykle aromatycznych. Ja mogłabym podsumować ten kraj jednym słowem: tagine – w wielu odsłonach i wariacjach. Uwielbiam wersję wege, pełną warzyw, oliwek i przypraw, a Andy wybierał klasyczną – z kurczakiem, cytryną i zielonymi oliwkami.
Z ulicznego jedzenia spróbowaliśmy msemen – ciepłego placka podawanego z jajkiem albo na słodko z miodem. Do tego dochodzi harira, tradycyjna zupa z soczewicy i ciecierzycy, briouaty – chrupiące trójkąty z nadzieniem mięsnym lub serowym, oraz couscous, obowiązkowy piątkowy klasyk w marokańskich domach.
Nie można zapomnieć o pysznych, słodkich owocach – świeżych daktylach, granatach, pomarańczach i melonach – oraz o miętowej herbacie, której smak i rytuał podawania to prawdziwy symbol marokańskiej gościnności.

Biorąc pod uwagę fakt, że zazwyczaj odkrywaiśmy jeden kraj przez 2-3 miesiące można powiedzieć, że tylko liznęliśmy Maroko — upał sprawił, że większość dni spędziliśmy nad oceanem, ciesząc się spokojem i luzem życia na wybrzeżu. Ale to kraj, który aż prosi się, by wrócić. Bo prawdziwe Maroko kryje się dalej od plaż — w górach, na pustyni czy w berberyjskich wioskach!

Jeśli planujesz odkrywanie Andaluzji kamperem, czy z namiotem polecamy nasz e-book. Więcej informacji tutaj
Spodobał Ci się artykuł?